Nie jestem królową angielską. Wywiad z Mariką

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

D&Y: Zacznijmy od najświeższych „sensacji” w temacie Marika. Na ostatnich koncertach wiosennej trasy zrobiłaś fanom psikusa i pokazałaś się w zupełnie nowej, dość odważnej fryzurze, czyli z bardzo krótkimi włosami. Ta zmiana to kolejny etap metamorfozy czy zwyczajny kobiecy kaprys?

M: Nie myślałam o robieniu komuś psikusa. Chciałam po prostu obciąć włosy, by przybrały bardziej określoną formę 🙂

D&Y: Nowa fryzura to w pewnym sensie kolejna zmiana wizerunku (swoją drogą dobrze ci w niej), który z tego bardziej łagodnego i lirycznego przesunął się znowu w „zawadiacką” stronę. Czyżby odezwała się dawna, bardziej zadziorna Marika?

M: Hej hej, to tylko włosy.

D&Y: Jednak przy tej okazji popularność, zapewne nie pierwszy raz, trochę dała ci się we znaki. Na portalach plotkarskich zawrzało. Od razu pojawiły się komentarze i oceny.

M: Ludzie piszą i mówią, wszyscy przekonani o słuszności swojej opinii. Opinie są skrajne. Albo się bardzo podoba, albo bardzo nie. A ponieważ „jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził”, poprzestaję na tym, żebym to ja była zadowolona. Poza tym nie jestem modelką ani aktorką. Piszę i śpiewam, mój wygląd jest sprawą drugorzędną. Nagrywając ostatni album i pisząc książkę, która właśnie wychodzi, wracam do Marty, którą przecież zawsze byłam, a którą trochę ukrywałam za Mariką. Właśnie takie włosy nosiłam, kiedy byłam sześcioletnią Martusią i uczyłam się gry na pianinie. Czuję się świeżo i błogo. Jakbym wróciła do domu rodzinnego.

Milena1205-Wyroznienie
/Fot. Milena Zosiuk; Wyróżnienie w konkursie na zdjęcie z koncertu Mariki/

D&Y: Wspomniałaś o swojej debiutanckiej książce, która właśnie ma premierę. Opowiedz nam coś więcej o tej oryginalnej publikacji. Czy to rodzaj autobiografii?

M: „Antydepresanty” dosłownie na dniach miały swoją premierę i jestem tym faktem bardzo podekscytowana. To nie jest biografia, a raczej album z wierszami – piosenkami (jest ich tam dwadzieścia dziewięć), wzbogacony o kontekst biograficzny i interpretacyjny, zawarty w dwudziestu opowiadaniach, oraz ilustracje Sylwii Wilk. „Antydepresanty” to studium życia, osobistych doświadczeń i okoliczności, zapis wspomnień i obserwacji. Historia o młodości w latach dziewięćdziesiątych, buncie, kontestowaniu rzeczywistości, trudnych relacjach, a także o dojrzewaniu twórcy i szukaniu prawdy o sobie.

D&Y: Dodajmy, że książka ma też swoje multimedialne wcielenie. Tu możecie posłuchać i obejrzeć fragment, czytany przez samą autorkę:

D&Y: Powróćmy do rozmowy. W jednym z wywiadów powiedziałaś, że trochę męczą cię już ciągłe pytania o wiarę. Ale nie sposób o to nie zapytać, skoro nawrócenie, o czym otwarcie mówisz, w znaczny sposób zdeterminowało tę radykalną przemianę, której poddałaś siebie i swoją muzykę. Co się tak naprawdę zmieniło?

M: Zmieniło się moje postrzeganie siebie, swojego miejsca na świecie, swojej roli i wartości. Zmianie uległo też postrzeganie świata i innych ludzi. Pojawiła się większa zgoda na życie takie, jakim go doświadczam, jednocześnie docenienie wartości relacji międzyludzkich. Teraz chcę szukać w ludziach dobra i piękna. Ambicja przestała być moją „chorą religią”. Wiem, że za każdym pragnieniem, które się zrealizuje, czeka kolejne, że to droga bez końca, nieustanne nienasycenie. Jedyne ukojenie znajduje się w Bogu, który jest Pełnią.

D&Y: Szczerość i naturalność, z jaką w wywiadach opowiadasz o „starej” i „nowej” sobie, bez wątpienia zjednuje ci przychylność odbiorców. Nowa muzyka została świetnie przyjęta, nowy wizerunek zachwyca, duchowa przemiana inspiruje… Ale przecież był taki czas, kiedy metamorfoza (muzyczna i osobowościowa) czekały na ogłoszenie światu, a ty musiałaś mieć wątpliwości, jak to zostanie odebrane. Ryzykowałaś przecież, że stracisz dotychczasowych fanów, że poczują się oszukani tą „nową Mariką”, a nowi nie koniecznie „kupią” to co masz im do powiedzenia. Nie bałaś się?

M: Przyznaję, że na początku robienia tego albumu, tak. Czułam, jakby w gardle stała mi kulka chleba, której nie potrafiłam ani przełknąć, ani wykrztusić. Wiedziałam, że muszę się na coś zdecydować. Do pewnych decyzji się dorasta i to trwa. Myśli kiełkują w tobie i po pewnym czasie cię rozsadzają od środka. Zmiana jest nieuchronna i dopóki jej nie zrobisz, nie czujesz się spokojny i spójny. Robisz odkrycia, które wywracają twój światopogląd i estetykę i już nie ma powrotu do starego. W końcu to z siebie wykrztusiłam i powstał album elektroniczny w warstwie muzycznej i poetycki w warstwie tekstowej.

D&Y: Na nowej płycie śpiewasz głównie o Bogu i do Boga, ale robisz to w sposób tak nieoczywisty, że interpretacja może być w zasadzie dowolna. Twoje piosenki można równie dobrze odczytywać jak miłosne wyznania do partnera czy deklarację przyjaźni z drugim człowiekiem. Jak ci się udało stworzyć płytę będącą z jednej strony silnym manifestem światopoglądu, a z drugiej tak pozytywną w odbiorze, z tak dużym potencjałem do własnej interpretacji i refleksji?

M: Kilkakrotnie mnie pytano, dlaczego ta płyta – skoro jest o Bogu – pełna jest aluzyjności? Dlaczego nie pada tu słowo Bóg? Jaki to Bóg? Dlaczego nie definiuję tego tak prosto? Szukanie imienia i obrazu Boga, opisywanie na swój osobisty sposób Tego, który przekracza nasze możliwości opisu, to najintymniejsza wyprawa. Na obraz, który tkasz w ten sposób w sobie składa się wszystko to kim jesteś, co przeżyłeś i czego pragniesz, składają się ludzie, którzy żyją z tobą. To totalnie indywidualna kwestia. Co więcej, każdy dzień i doświadczenie sprawia, że ów obraz zmienia się, żyje. Ta płyta to zaproszenie do takiej wyprawy, do szukania obrazu Boga, do pytania Go o imię. Ja doskonale pamiętam swój czas sprzed nawrócenia. Swoje nastawienie wtedy. To stare, odrzucające i sceptyczne myślenie wydawało mi się jedynie słuszne, oparte na zdrowym rozsądku. Chrześcijańskie zespoły mnie wtedy drażniły. Myślę, że jestem powołana do ludzi, którzy poszukują, a nie do tych, którzy już znaleźli. Nie mam zamiaru wkładać im swojej wersji łopatą do głowy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

D&Y: Muzycznie ta płyta to nowa jakość na polskim rynku. Ciekawe połączenie muzyki elektronicznej, klasycznych instrumentów (na przykład smyczków) i lirycznych piosenek, przy czym lirycznych nie tylko w warstwie tekstowej, ale też melodycznej. Całość brzmi bardzo świeżo i nowocześnie, a jednocześnie wpada w ucho i da się śpiewać, co uwielbiają fani. Opowiedz coś więcej o muzycznych i poetyckich walorach płyty oraz o gościach, których zaprosiłaś do jej współtworzenia.

M: Tak, mam wielką przyjemność śpiewać i grać z Buslavem czyli Tomkiem Busławskim, Archie Shevsky’m, Rafałem Dutkiewiczem oraz Fair Play Quartet. Album jest elektroniczny, ale nie ma w nim chłodu i dehumanizacji, są kobiece i męskie głosy, kwartet smyczkowy, jest odrobina kalimby, saksofonu. Połączenie dużej dawki syntetycznego basu z delikatnością i klasą kwartetu smyczkowego: skrzypiec, altówki i wiolonczeli oraz poetyckimi tekstami po polsku daje świeże wrażenie. Jest faktycznie czymś unikatowym.

D&Y: Wydałaś ją własnym sumptem, wkładając w to swoje oszczędności. Podjęłaś spore ryzyko, także finansowe. Czy masz w perspektywie, nieco trywialnie mówiąc, zwrot z inwestycji?

M: Tłoczenie i dystrybucja to nie moje, lecz wytwórni obowiązki więc nie jestem taka znowu samodzielna wydawniczo. Płyta się sprzedaje i ten zwrot sukcesywnie postępuje. Ale ja traktuję album z nowymi piosenkami jako pretekst do grania koncertów i zaproszenie na te koncerty. To z koncertów żyję.

D&Y: A skoro o tym mowa, niesamowite jest, jak świetny kontakt masz z publicznością na koncertach. Nie tylko śpiewasz, ale i zagadujesz, nawiązujesz dialog, który tak naprawdę rozkręca się dopiero na spotkaniach pokoncertowych. Jak znajdujesz na to siłę, nie tylko tą fizyczną, ale i emocjonalną? Nie masz czasem ochoty po prostu iść spać i zwyczajnie odpocząć po koncercie zamiast jeszcze przez dwie godziny rozmawiać z fanami?

M: Uwielbiam być w intensywnej, wyraźnej relacji ze słuchaczami. Obie strony czują wtedy, że coś wspólnie przeżyły. Fani okazują mi zainteresowanie i miłość kupując płyty i przychodząc na koncerty. Ja mam potrzebę odwzajemnić to zainteresowanie i miłość dając im swój czas i energię nie tylko w trakcie koncertu, ale również w indywidualnych rozmowach po.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

D&Y: A jak twoi fani zareagowali na twoją przemianę? Przeszli ją z tobą czy zostali przy „starej” Marice? Jak oceniasz odbiorców nowej płyty? Czy są to fani, którzy wraz z tobą dorośli, dojrzeli czy może zupełnie nowi ludzie?

M: Jedni zostali, bo właśnie tak jak ja dojrzewają i przestaje ich interesować powierzchowna wesołość, nieustająca balanga, kolor i wrzask. Potrzebują czegoś głębszego. Czegoś, co ich uwrażliwi i zaintryguje, a nie tylko rozerwie. Inni znowu są zupełnie nowi, pojawili się dopiero teraz. Wcześniej albo w ogóle o mnie nie słyszeli, albo nie byłam dla nich interesująca. Moja publiczność po tej płycie i wolcie, jaką wykonałam, jest dojrzalsza i bardziej wymagająca.

D&Y: Jesteś w tym szczęśliwym położeniu, że zmiana wizerunku wyszła ci na dobre. Świetnie wyglądasz i widać, że równie świetnie czujesz się w swojej skórze. Bardzo dobrze oceniane są także stylizacje, w jakich pojawiasz się na koncertach oraz eventach. Obecnie widać fascynację oszczędną formą i bielą, co stanowi przeciwny biegun twojego niedawnego stylu „kolorowego ptaka”. Czy masz stylistów, którzy pomagają ci dobierać ubrania czy sama pracujesz nad zawartością szafy?

M: Kiedy rok temu podejmowałam decyzje co do szczegółów radykalnej zmiany wizerunkowej, pomagała mi zaprzyjaźniona stylistka Maja Naskrętska. Maja od paru miesięcy jest szczęśliwą mamą, a ja nie zawracam jej głowy i radzę sobie sama. Coś kupuję, coś wymyślam i szyję.

D&Y: Dużo się działo u ciebie ostatnio, również w życiu prywatnym. Na twoim serdecznym palcu pojawiła się niedawno obrączka ślubna, choć relacji z tego wydarzenia próżno szukać w prasie. Nie skorzystałaś z okazji, aby zaistnieć w kolorowych magazynach i trochę podpromować płytę…?

M: Ja mam teraz sporo koncertów, właśnie wydaję książkę i mam wystarczająco dużo powodów zawodowych do istnienia w przestrzeni publicznej. Nie jestem królową angielską, żeby mój ślub był przedmiotem publicznego zainteresowania. To moja prywatna rzecz.

D&Y: A jakie masz muzyczne plany na najbliższą przyszłość? Przede wszystkim, gdzie będzie cię można posłuchać na żywo? Fani z pewnością chcieliby więcej Mariki w plenerze, bo musisz przyznać, że klubowe koncerty wiosennej trasy siłą rzeczy były bardzo kameralne.

M: Jesteśmy już właściwie w trakcie letniej trasy. W najbliższym czasie zagramy wiele juwenaliów, festiwali i mini trasę po Anglii i Irlandii. Bardzo się na to cieszę. (Aktualną listę najbliższych koncertów Mariki możecie zobaczyć tutaj – przyp. red.)

D&Y: Czy masz jakieś wielkie marzenie, jako muzyk i jako człowiek, którego spełnienia możemy ci życzyć na zakończenie rozmowy?

M: Chciałabym nakręcić jeszcze wideo do tego albumu. Marzy mi się też dobra recepcja książki „Antydepresanty”. To takie marzenia na dziś. No i duża podróż. Jakaś taka dłuuuga i z przygodami.

D&Y: Mocno trzymamy kciuki za spełnienie tych marzeń i dziękujemy za rozmowę.

A na zakończenie jeszcze jeden fragment z “Antydepresantów”, które już możecie kupić w księgarniach, i to bez recepty 😉

Dodaj komentarz

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.