Tarczą go i z repulsora – o „Wojnie bohaterów” słów kilka

Autor: Bartosz Czartoryski

SPUTNIK_L1.33_PAYOFF_DOM

Lakoniczne stwierdzenie, że żywot superbohatera łatwy nie jest, znajduje swoje potwierdzenie na kartach pierwszego lepszego komiksu wydanego przez Marvel czy DC. Bo albo trzeba ratować (wszech)świat, co nieodmiennie łączy się ze stresem nieporównywalnie większym niż ten, na który narażony jest zamknięty w korporacyjnym boksie pracownik biurowy, albo radzić sobie z trudnościami dnia powszedniego. Innymi słowy: cena za nierzadko nadludzkie moce to odpowiedzialność za miliardy i konieczność poskładania do kupy życia naznaczonego tymi samymi problemami, co codzienność Jana Kowalskiego i Johna Smitha. Nie dziwota, że również pomiędzy poprzebieranymi cudakami zdarzają się przyjacielskie kłótnie. Choć spór pomiędzy Iron Manem a Kapitanem Ameryką nie skończy się na daniu sobie po razie czy wymianie zgryźliwych komentarzy na Facebooku, ale porządną bijatyką pomiędzy najpotężniejszymi herosami na świecie.

Strategia Marvel Studios polegająca na hurtowym udostępnianiu coraz to nowych klipów jeszcze przed premierą filmu może wydawać się obosieczna, ale te dobierane są uważnie, bo w świeżym blockbusterze braci Russo dzieje się tyle, że obdzielić tym dałoby się ze dwa inne wysokobudżetowe spektakle. Zresztą po znakomitym „Zimowym żołnierzu” można było spodziewać się chyba jedynie podkręcenia śruby, co jednak wydawało się posunięciem ryzykownym, gdyż sukces rzeczonego tytułu polegał na zrealizowaniu zainspirowanego szczytowymi osiągnięciami kina sensacyjnego – od „Gorączki” do „The Raid” – iście szpiegowskiego widowiska. A gdy ma się do dyspozycji skład Avengers (i jeszcze paru chłopa), kusi, żeby zaserwować zgromadzonym w kinach ludziom wybuch za wybuchem. I choć Russo owej pokusie nierzadko ulegają, nie tracą z oczu postaci centralnej, którą jest, a jakże, Kapitan Ameryka.

Bo to z perspektywy Steve’a Rogersa przyglądamy się wydarzeniom przedstawionym na ekranie, to jego racjom się sprzyja [przykro mi, fani Team Iron Man – przyp. red.], to za jego drużynę trzyma się kciuki i to on narzuca filmowi tempo i konwencję. Mimo że nie brakuje hałaśliwych, skrzących się kolorami starć, a bitka na lotnisku pozostaje z człowiekiem długo po seansie, najlepsze są bodaj te, ekhm, kameralne sceny – pościg na autostradzie, nawalanka Kapitana z terrorystą Crossbonesem, finałowe starcie pomiędzy Rogersem i Starkiem… Lecz pieszczące i oczy, i serducho efekty specjalne i choreografia to nie wszystko. Fabularnie „Wojna bohaterów” jest najbardziej kompletnym od czasu „Zimowego żołnierza” filmem ze stajni Marvela, który bezszwowo spaja porozrzucane po MCU wątki i gładko wprowadza nowe, nie tylko poprzez wprowadzenie kolejnych postaci (Spider-Man! Black Panther! Zemo!), ale i ustanowienie intrygującego status quo. I, co istotne, bynajmniej niepodrzędnym wobec kolejnych „Avengers”.

„Kapitan Ameryka: wojna bohaterów” to bodaj najlepsza jak do tej pory propozycja Marvel Studios, ale, na co zwrócić trzeba należytą uwagę, również i pierwszy film z MCU, który nie może istnieć w oderwaniu od całej reszty. Dokonało się całkowite zespolenie kinowego uniwersum. Bo o i ile „Iron Mana 3” czy „Thora: Mroczny świat” można śmiało obejrzeć bez znajomości całego katalogu Marvela, a niejasności łatwo nowicjuszom wytłumaczyć, tak dzisiejsza premiera to już jazda bez dodatkowych kółeczek. Ale czy nie tego właśnie chcieliście?

Dodaj komentarz

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.