Kosmita kontra zombi – gramy w Dying Light: The Following

Autor: Łukasz „lecho” Leśniewski

Alienware od dawna jest symbolem wszystkiego co najwydajniejsze i najbardziej ekstremalne, jeśli chodzi o gamingowe notebooki. Należąca do Della marka zasłynęła z komputerów, które nie tylko dostarczały graczom topowe podzespoły, ale i wypracowały sobie charakterystyczny, niepodrabialny styl. Leżący na moim biurku najnowszy Alienware 15 jest nieodrodnym członkiem tej rodziny: wystarczy rzut oka, żeby stwierdzić, że to kawał mocnego sprzętu. Komputer budzi zaufanie ogólną jakością i solidnością, jakiej spodziewałem się po urządzeniu z tej półki.

DSC_0011 2

Owszem, jest trochę ostentacyjny, ale gamingowy laptop, a zwłaszcza Alienware, musi taki być. To trochę jak z tuningiem auta: oczekujesz od niego, że będzie nie tylko szybko jeździć, ale i przyciągać wzrok. „Mój” 15 od razu zwraca uwagę pociętą diodami, karbonową obudową. O gustach się nie dyskutuje, ale mi bardzo odpowiadają stonowane, szaro-czarne barwy. Tym bardziej, że tu naprawdę ma „co” się świecić – dedykowane oprogramowanie Alienware pozwala dowolnie ustawić aż 10 różnych punktów LED, z podziałem klawiatury na cztery odrębne strefy włącznie.

Alienware-kolaz

Ten kosmita budzi także respekt swoimi wymiarami i masą. Mimo, że to „tylko” 15 cali, naprawdę mamy do czynienia z kawałem laptopa. To zrozumiałe, bo gdzieś musiał się zmieścić system chłodzenia odprowadzający ciepło z Core i7 6820HK, procesora 6. generacji Intela, który w trybie turbo może osiągnąć nawet 3.5GHz. Do tego dochodzi jeszcze karta graficzna Nvidia GTX 980M, aż 16 GB pamięci RAM i terabajtowy HDD. Jak widać, w Alienware ma się „co” grzać, ale komputer radzi sobie z tym świetnie: zauważalnie ciepłe (ale nie gorące!) są jedynie okolice klawiatury, co akurat w zimie jest dość… przyjemne dla zmarzniętych dłoni. Podczas zwykłej pracy wentylatory tylko delikatnie szumią; w pełnym obciążeniu są już słyszalne, ale tylko wtedy, jeśli zdecydujemy się na grę bez słuchawek.

DSC_0050

W Dying Light: The Following mocno polecam ich włożenie – wtedy najpełniej można wczuć się w klimat gry. Zmieniająca tempo muzyka, szelest trawy, dobiegające z oddali zawodzenie zombi… Niby nic, ale wieczorem, w ciemnym pokoju, potrafi przyprawić o gęsią skórkę. The Following – po polsku pasowałby tu podtytuł „Kult” – buduje jednak zupełnie inny klimat niż podstawowy Dying Light. W poszukiwaniu remedium na chorobę Kyle Crane trafia do osady w pobliżu Harran, której mieszkańcy wykazują się zadziwiającą odpornością na zarażenie.

2016-02-03_00029

Od pierwszego momentu towarzyszy nam poczucie, że wioska ocalałych kryje jakąś tajemnicę. Wrażenie to potęguje wszechobecna, quasi-religijna symbolika kultu Matki, a niektóre z napotkanych postaci są co najmniej niejednoznaczne. Techland po raz kolejny stworzył naprawdę wiarygodną wizję świata po apokalipsie. Słoneczna wiejska okolica wygląda idyllicznie, ale porzucone domy sprawiają niepokojące wrażenie. Potęguje je charakterystyczna, dyinglightowska dbałość o detale: rozrzucone po kątach przedmioty, włączone radia czy na wpół spakowane walizki.

2016-02-03_00019

Na rozległej otwartej mapie bardzo łatwo o wpadnięcie w gromadę głodnych zombi. Liczba otaczających nas przeciwników jest chwilami przytłaczająca, a do tego w okolicy brak wysokich, umożliwiających ucieczkę budynków. Co zatem robi pomysłowy Crane? Gra z zarażonymi w Carmageddon! Podstawową nowością w The Following jest bowiem możliwość zdobycia i ulepszania własnego pojazdu. Nie tylko usprawnia on przemieszczanie się po okolicy, ale i ułatwia radzenie sobie z hordami zarażonych. Siedząc za kierownicą Crane nie musi się obawiać nawet groźnych biegaczy i łowców. Wzorem wspomnianej krwistej samochodówki, żaden zombi w grze nie jest odporny na zderzak.

2016-02-03_00040

Powoduje to swoiste odwrócenie balansu sił: dwunożny Kyle wciąż jest zwierzyną, ale w wersji zmotoryzowanej zamienia się w myśliwego. Za kółkiem najgorszym wrogiem naszego gieroja nie są zombi, a brak paliwa i uszkodzenia. Benzynę, jak również części zamienne, można wyciągać z okolicznych wraków i lepiej, żeby szybko weszło wam to w krew. W warstwie survivalowej Dying Light nigdy nie żartował; w odróżnieniu np. od Fallouta 4, w którym zbieractwo przybierało absurdalne formy, tu autentycznie czuć, że każdy przedmiot ma znaczenie.

Nowa formuła rozgrywki, skupiona na szaleńczej jeździe po okolicy, rozbudowie auta i zaliczaniu związanych z nim pobocznych wyzwań, naprawdę wciąga. Dopiero nagle dziwnie wyraźne mruganie diod na obudowie Alienware’a (czerwone, gdy otaczają nas zombi, a zielone w bezpiecznej strefie – fajny bajer) uświadomiło mi, że zastała mnie późna noc. Choć wykorzystuje znane mechaniki, The Following to coś zupełnie innego niż podstawowy Dying Light. Warto dać mu szansę, nawet jeśli nie do końca czujecie klimat gier o zombi.

Good night & good luck.

2016-02-03_00062

Dodaj komentarz

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.