Tekken 7 – powrót legendy. Recenzja gry

Zaciemniony pokój, trzeszcząca konsola, 22-calowy telewizor i kumpel u boku. A na ekranie… oczywiście Tekken. Tak było 16 lat temu. A jak jest teraz? Dokładnie tak samo, chociaż rolę konsoli podpiętej do telewizora nieporównywalnie lepiej pełni 17-calowy laptop Alienware. Czasy się zmieniają, a magia Tekkena wciąż trwa. Ta popularna seria gier w dalszym ciągu rozpala do czerwoności. W czym tkwi sekret siódemki?

Tekken 7 to kontynuacja popularnej serii bijatyk. Pierwsza część zadebiutowała w 1994 roku, od razu podbijając serca setek tysięcy graczy na całym świecie. Jednak prawdziwa rewolucja nastąpiła wraz z premierą czwórki w pierwszym wakacyjnym miesiącu XXI wieku. Jeszcze w 2011 roku rozgrywane były lokalne turnieje z udziałem Eddiego, Kinga, Lawa i m.in. Lee. Do dziś pamiętamy mozolną naukę combosów, które były kluczem do zwycięstwa w późniejszych etapach drabinki oraz w grze przeciwko żywej osobie.

Pierwsze uruchomienie gry na Alienware 17 to prawdziwy szok – w każdym tego słowa znaczeniu (wiecie o czym mówimy J). Tekken 7 jest wierną kopią swoich poprzedników. Przez szesnaście kolejnych lat twórcy gry nie wprowadzili zbyt wielu nowości do samej mechaniki mordobicia. Z jednej strony jest to ukłon w stronę hardkorowych zapaleńców, lecz z drugiej… czy o to w tym wszystkich chodzi? Mówimy stanowcze: TAK!

Odpalając tryb arcade w Tekken 7 czuliśmy się jak w domu. Każdy combos soczyście wchodził we wroga, wywołując alienową satysfakcję i grymasy niezadowolenia u przeciwników. Ci stali się bowiem prawdziwymi workami treningowymi, mashującymi dowolne przyciski uderzeń. Alienware górą. Znowu.

Jednak po zaliczeniu kilku spektakularnych oklepów doszliśmy do wniosku, że Tekken 7 to w dalszym ciągu stary, dobry Tekken, oferujący przystępność dla początkujących i pogrom dla doświadczonych. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko sprawdzić mit, który ma już ponad dwie dekady. Głosi on, że całkowicie randomowe naciskanie klawiszy w bijatyce może przynieść o wiele lepsze efekty, niż monotonna nauka każdego combosa z osobna. A i owszem, przynosi, ale tylko wtedy, gdy gramy z casualowym oponentem. Z hardcorowym graczem nie jest już tak kolorowo.

Dopracowanie schematów daje o wiele lepsze rezultaty. Każda z dostępnych postaci dysponuje swoimi unikatowymi ciosami, kopnięciami i combosami. Aby skutecznie walczyć na arenie, w dalszym ciągu należy wyczuć intencję wroga, nacisnąć odpowiedni guzik (lub ich sekwencję) i liczyć na to, że nasz cios nie zostanie zablokowany. Po wykonaniu efektownego zakończenia, gra wyświetla powtórkę, a na naszym koncie pojawia się jedynka przy liczbie rund. Proste, łatwe i przyjemne.

Do wyboru mamy parę trybów rozgrywki. Oprócz wątku fabularnego (o nim niżej) najbardziej interesującą opcją jest Treasure Battle – wariacja survivalu z poprzednich odsłon Tekkena. Naszym celem jest walka z kolejnymi przeciwnikami. Za pokonanie wroga otrzymujemy elementy do personalizacji naszego wirtualnego alter ego. Niestety, zdobyte elementy są tylko urozmaiceniem dla oka, bez wpływu na dalszą rozgrywkę.

Fabuła? W tle przewija się historia sagi Mishimy (pozdrawiamy fanów poprzednich części), jednak stanowi ona tylko chwilowe urozmaicenie dla prawdziwego crème de la crème czyli… stłuczenia przeciwnika na kwaśne jabłko. I za to właśnie kochamy Tekkena.

Z naszej strony to by było na tyle. Wracamy do gry i wam radzimy to samo J Ktoś chętny na małe starcie Jina z Lee?

Dodaj komentarz

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.